czwartek, 4 września 2014

House of Cards po węgiersku

Znacie serial "House of Cards"? Oglądacie? Ja właśnie przekopując czeluście internetu w poszukiwaniu wciągającego serialu na zimę (która prawie się rozpoczęła, wszak temperatura spadła poniżej 25 stopni, co jest niezaprzeczalną oznaką zimy) natknęłam się na węgierską wersję czołówki, zrobioną z dużym profesjonalizmem, dbałością o szczegóły i wiernością oryginałowi.
Żeby była jasność - nie jest to węgierski serial zrobiony na licencji, a jedynie czołówka.

Dla pełnego obrazu - tutaj znajdziecie wersję amerykańską:


W wersji węgierskiej nazwiska aktorów i pozostałych członków ekipy zostały zastąpione postaciami z węgierskiej sceny politycznej - występuje tu premier, posłowie, politycy i burmistrzowie największych miast. Za muzykę odpowiedzialny jest Ákos Kovács, szerzej znany po prostu jako Ákos, gwiazda (trochę już przyblakła, ale to subiektywna opinia) sceny popowej.  W 15 sekundzie 2 minuty pojawia się nazwisko lektora dr. Schmitt Pál (gramatycznych nazistów uprzedzam, że w węgierskim po dr jest kropka), przy czym tytuł po chwili znika. To aluzja do byłego prezydenta, który po ujawnieniu, że jego dysertacja to czysty plagiat, stracił nie tylko urząd, ale i prawo do posługiwania się tytułem doktorskim.

Warto obejrzeć do końca, aby przekonać, kto to wszystko napisał (1:28) i kto to wszystko reżyseruje (1:30).

Czołówka zapożyczona ze strony http://www.sorozatjunkie.hu/ do obejrzenia tutaj: 


sobota, 21 czerwca 2014

Radio Tilos

Od kilku miesięcy jestem regularną słuchaczką Radia Tilos, ostatnio nawet wylądowałam na ich corocznej akcji zbierania datków na funkcjonowanie, postanowiłam więc bliżej się im przyjrzeć, szczególnie że od lat obijała mi się o uszy ich nazwa.
Nazwa Tilos znaczy dosłownie "zabronione" i dobrze oddaje pierwsze lata działalności radia, bo wystartowało ono w 1991 roku po trosze nielegalnie. Przepisy na temat przyznania koncesji były na tyle niejednoznaczne, że samowolnie zajęli częstotliwość, bo było powodem wielokrotnych wizyt organów ścigania w pierwszych latach działalności radia.
Prowadzący niejednokrotnie podkreślają na antenie, że Tilos to pierwsze i jedyne na Węgrzech radio niezależne i non-profit. Jest to możliwe dzięki temu, że radio utrzymuje się jedynie z darowizn, tak więc może należeć (znowu cytat z radia) "jedynie do słuchaczy i prowadzących".
Radio jest mocno związane z kulturą offu, przez wiele lat na festiwalu Sziget (w czasach jego alternatywności) było gospodarzem jednej ze scen, a także kołem napędowym powstałego w 2002 roku Kultiplexu - kompleksu kulturalnego złożonego z kina pokazującego artystyczne filmy, klubu i siedziby radia. Kto miał szczęście odwiedzić to miejsce, pewnie pamięta niezobowiązującą atmosferę i składane krzesełka, które trzeba było sobie wziąć i rozłożyć w dowolnym miejscu sali projekcyjnej. Koniec Kultiplexu przyszedł wraz ze zburzeniem budynku, co dla radia oznaczało przeprowadzkę na ulicę Mária.
Tematyka prowadzonych w studio dyskusji to często różnice językowe, etniczne, religijne, a także kultura i styl życia. Ostatnio dyskutowano o małych browarach i zdrowej żywnosci, z tej audycji dowiedziałam się, że tzw. jajka od baby sprzedawane przez rzeczoną babę na targu w dzielnicy Ferencváros opatrzone są stempelkiem zaczynającym się od 03PL co stawia pod znakiem zapytania ich pochodzenie tak od szczęśliwej kury, jak i od baby z węgierskiej prowincji.
Raz w roku radio Tilos organizuje maraton, czyli kilkudniowy cykl imprez połączony ze zbieraniem datków na działalność. Zbiórka odbywa się pod hasłem "éterre kell", co oznacza "(potrzebujemy) na eter" i jest zgrabną przeróbką wyrażenia ""ételre kell" - "(potrzebujemy) na jedzenie". Maraton to koncerty, loteria, gotowanie węgierskich przysmaków, dużo freeków, dzieci, rowerów, psów i klimatu, który mi przywodzi na myśl OFF Festival a J. wczesny Sziget. A wszystko to w knajpie Dürer Kert tuż przy Városliget. To miejsce to osobna historia - wyobraźcie sobie budynek i dziedziniec dawnej szkoły ze wszystkimi charakterystycznymi szczegółami - szerokie schody i korytarze, sala gimnastyczna z wyjściem bezpośrednio na boisko i barierki uniemożliwiające rozbawionym uczniom wybiegnięcie ze szkoły wprost na ulicę - teraz świetnie się sprawdzają jako stojak na rowery. Kto zna budynki uniwersyteckie przy Ajtósi Dürer, ten będzie wiedział - to zaraz obok.




wtorek, 17 czerwca 2014

Tihany

Sama nie wiem, czemu do Tihany trafiłam dopiero teraz. Półwysep na północnym wybrzeżu Balatonu i miejscowość o tej samej nazwie. Znane z opactwa benedyktyńskiego (założonego w XI wieku, więc nie byle co) i z echa. Echo, opiewane kiedyś w literaturze, teraz straciło swoją siłę z uwagi na zabudowania. Ale za to pozostały pola lawendy, które dużymi połaciami pokrywają półwysep. I urokliwe chałupy kryte strzechą (to się chyba tak nazywa).  Do tego woda, żaglówki i atmosfera totalnych wakacji.











poniedziałek, 10 marca 2014

Migawki z kampanii wyborczej

Nooo, rozpętało się na całego...

Wybory za niecały miesiąc, więc zabawa się rozkręca. Nie będę się tu zajmować prawdziwą, poważną kampanią, bo to nie moja bajka, raczej przypadkami robienia sobie z niej jaj.

Fidesz porozwieszał po mieście plakaty, na środku których znajduje się kandydat, a dookoła niego, w tle, trochę niewyraźne, trochę rozmyte postaci, które na kandydata patrzą z nadzieją.

Moja ulubiona Partia Psa o Dwóch Ogonach od razu wzięła na tapetę bohaterów drugiego planu i opublikowała dziś wywiad z jednym z nich, nadając wiadomości tytuł "Znaleźliśmy rozmytego dziadka z plakatów Fideszu - wywiad".

tu materiał w oryginale i zdjęcie do obejrzenia

Już sama strona, na której zamieszczono wywiad zasługuje na osobnego posta, wystarczy zaznaczyć, że na górze strony znajduje się licznik odliczający..... od ilu dni licznik jest zepsuty, a prognoza pogody pokazuje stan z dwóch miejsc: "tak, gdzie ty jesteś - plus 3" i "tak, gdzie są inni - minus 2".

Ale wróćmy do rozmytego dziadka. Moje tłumaczenie wywiadu poniżej. Dobrej zabawy.

 "Znaleźliśmy rozmytego dziadka z plakatów Fideszu - wywiad"

Partie zazwyczaj nie lubią, gdy wychodzi na jaw, kto użyczył twarzy zaangażowanym, czy też akurat pogrążonym w depresji, członkom społeczeństwa. Nieraz już okazywało się, że starsza pani, w reklamie przerażona drożejącymi lekami na serce, w rzeczywistości będzie głosować dokładnie na tę partię, od której jawnie się wzdraga. A poza tym to tak naprawdę 25-letnia, porządna dziewczyna.

Może właśnie w celu uniknięcia takich nieprzyjemności partia rządząca zatrudnia w obecnej kampanii rozmytych ("zblurowanych").

Niewielką grupę rozmytych ludzi sprowadził na Wielką Nizinę Węgierską Béla IV., naziści próbowali ich zniszczyć, obecnie ich liczba jest szacowana na około dwadzieścia tysięcy. Całe dwadzieścia tysięcy jest do siebie bardzo podobne i rozróżnienie ich wymaga poważnego przygotowania naukowego.

Dlatego też to duże osiągnięcie, że znaleźliśmy wujka Bélę, którego można zobaczyć na plakatach kandydatki Rónaszéki umieszczonych w centrum miasta. Poniżej możecie przeczytać wywiad z nim.

P: Wujku Béla, od kiedy jest pan rozmyty?
B: Już urodziłem się rozmyty. Wtedy jeszcze nie tak bardzo, ale z czasem sytuacja się pogorszyła. Jeszcze w szkole byłem rozmyty na jakieś 15 pikseli motion blur i 20 procent fast blur, ale teraz widzi pan, jak wyglądam!
P: Wiemy, że rozmyci nie są specjalnie lubiani. Nie sądzi pan, że jawnie uczestnicząc w kampanii jednej z partii, zepsuje pan, i tak już nie najlepszą, opinię rozmytych?
B: Obiecano mi, że w zamian obniżą rozmytym ceny gazu, wody i prądu. To mi się opłaca i sądzę, że nasza społeczność też może dobrze na tym wyjść.
P: Czy po obecnej, udanej kampanii, jest szansa zobaczyć pana w podobnej roli?
B: Tak, już wiele partii zwróciło się do mnie z propozycją występowania na ich plakatach. Mówią, że moje rozmycie doskonale uzupełnia świetlistą wyrazistość polityków. Od przyszłego tygodnia prawdopodobnie będę widoczny również na plakatach opozycji.
P: Wujku Béla, a na kogo by pan zagłosował, gdyby panu przystawić pistolet do głowy?
B: Na każdego, tylko nie na nich.
P: Dziękujemy za wywiad. Zauważył pan, że nie było w nim żadnych słownych żartów?
B: Tak, dziękuję, dziecko.

niedziela, 29 grudnia 2013

Ratownik w kurtce albo Gwiazdy Egeru

Po dłuższej przerwie, spowodowanej zawirowaniami w życiu osobistym i zawodowym, powracam do relacji z moich zachwytów.


Dziś będzie o Egerszalók. Miejscowość położona na północy Węgier, kilka kilometrów od Egeru, znana z gorącego źródła i krajobrazu, jaki to źródło tworzy. Otóż gorąca woda o wysokiej zawartości wapnia po wypłynięciu na powierzchnię zostawia na niej osad, który wygląda mniej więcej tak:




Osad sprawia wrażenie śniegu lub lodu, co w połączeniu z parującą wodą o temperaturze ok. 60 stopni wprowadza zmysły w błąd i tworzy zadziwiające wrażenie, że gorąca woda obmywa lodowy brzeg. Z czasów studenckich pamiętam w tym miejscu coś w rodzaju jeziorka czy sadzawki, w której można było się pomoczyć, a potem przysiąść na pseudo-lodowym brzegu. Od tego czasu wiele się zmieniło, przy ujściu wody zbudowano wielki hotel, którego częścią jest, a jakże, kompleks spa (bilet całodobowy 4900 HUF, czyli jakieś 70-80 zeta, słowem niemało), zaś jedyną wadą hotelowego kąpieliska jest to, że (jak usłyszeliśmy „właśnie przekroczono limit wejść i na razie nie wpuszczają nikogo, może za godzinę". Nie chcieliśmy czekać godzinę, więc wróciliśmy do domu i ponownie przypuściliśmy atak po zmierzchu, jednak do basenu wciąż (a może ponownie) nie wpuszczano gości, tak więc pożegnaliśmy luksus i skierowaliśmy kroki w przeciwną stronę. Otóż tuż obok hotelowego spa działa odkryty kompleks basenów żywcem wyjęty z początku lat 90, który okazał się dużo bardziej gościnny, niż nie-wiem-ilu-gwiazdkowy hotel. Basen (nazwany pieszczotliwie przez J. "pocsolya", czyli kałużą) korzysta dokładnie z tej samej wody, co wyżej wspomniane spa, jednak zachowuje dumnie tradycje węgierskich basenów, które ja pamiętam ze studiów, czyli późnych lat 90, a J. z dzieciństwa, czyli z 80, odbyliśmy więc nostalgiczną podróż w czasie
Po kolei:
  • kompleks składa się z trzech baseników o temperaturze 35, 37 i 38 stopni, w żadnym więc się nie pływa, tylko moczy;
  • pan ratownik przechadza się po obiekcie ubrany od stóp do głów, łącznie z kurtką. Mam podejrzenia, że jakby ktoś się zaczął topić, to zanim ratownik się wyswobodzi ze wszystkich warstw, to już nie będzie trzeba się spieszyć...
  • ponieważ temperatura powietrza wynosiła około 7 stopni, wrażenie było jak ze skandynawskiego filmu – dużo pary, ludzie w basenach zanurzeni po samą szyję, piją, gadają, flirtują, gestykulują, a wszystko to we wszechobecnym zapachu wody leczniczej, czyli po naszemu zgniłego jaja;
  • no właśnie – piją – krawędź basenu obstawiona puszkami z piwem z nadreprezentacją marek czeskich i słowackich. Sami ulegliśmy pokusie i w czasie moczenia się w 38 stopniach chłodziliśmy się Złotym Bażantem. Prawdziwie twardzi zawodnicy łoili palinkę.
  • przebieralnie i toalety zorganizowano w kontenerach albo drewnianych budkach, absolutnie bezpretensjonalnie i bez dbałości o szczegóły;
  • najbardziej oblężonym miejscem całego mini-kompleksu basenowego była drewniana budka obwieszona lampkami choinkowymi mieszcząca bar. Stąd brało się rzeczonego Złotego Bażanta oraz zamawiało langosze, które panie na miejscu smażyły, a gdy skończyły, jedna wystawiała głowę przez brzwi i krzyczła "dwa langoszeeee ze śmietaaaaną i czosnkieeeem".
  • W kolejce do baru stali demokratycznie ci, co dopiero dotarli na basen (to ci okutani w czapki i szaliki) i ci, co zgłodnieli w trakcie kąpieli (ci w klapkach i kąpielówkach, ociekający wodą)
    Podsumowując – picie zimnego piwa będąc zanurzonym w gorącej wodzie, pod gołym niebem, po zmroku, pod koniec grudnia – bezcenne. Równać się z nim może jedynie jedzenie langoszy (których od lat nie jadam, bo za tłuste) pod prowizorycznym dachem drewnianego baru, w mokrym kostiumie kąpielowym.

Smaczku całej rozrywce dodaje fakt, że na basen poszliśmy pieszo, na przełaj, przez pola, wracaliśmy natomiast w kompletnej ciemności, co spowodowało, że zgubiliśmy się dwukrotnie i gdyby nie mapa w tablecie, chyba nigdy nie znaleźlibyśmy drogi powrotnej. Wyobraźcie sobie – dwie osoby, z wielkim plecakiem wypełniony mokrymi ręcznikami, lezą przez pola (i pisząc pola mam na myśli pola, czyli zaoraną ziemię), potykają się o bruzdy i świecą sobie Ipadem. W krzakach coś szeleści, z oddali słychać pojedyncze wrzaski dzikich ptaków, facet robi się trochę nerwowy (J.), a dziewczyna (ja) przypomina sobie film Blair Witch Project i zastanawia się, jak on się właściwie skończył. Droga miała raptem dwa kilometry. Szliśmy równą godzinę. Fakt, że w ogóle doszliśmy do domu, uczciliśmy winem Egri Csillag 2012 z winnicy Gála Tibora (polecam zapamiętać winnicę, bo wino przednie).

sobota, 9 listopada 2013

rowasz

Słyszeliście o makaronie - literkach? Na pewno.

Dziś wygrzebałam w necie zdjęcie opakowania węgierskiego makaronu - literek, wszystko fajnie, pszenica durum, tylko te literki jakieś takie...


Otóż są to literki rowaszu, czyli alfabetu, który był przez Węgrów używany zanim, jednocześnie z przyjęciem chrześcijaństwa, nie zaczęli posługiwać się łacinką.

Alfabet rovásírás, czyli po polsku rowaszu, znajdziecie tutaj:

Radość z sympatycznego pomysłu na pomidorową z rowaszem burzy tylko świadomość, jakie miejsce w obecnym życiu węgierskim pełni ten alfabet. Jest mianowicie wykorzystywany przez narodowców jako element promujący ich skrajne przekonania, używają go do zapisywania na plakatach czy ulotkach swych haseł. Trochę szkoda, że coś tak neutralnego i egalitarnego jak alfabet, będący własnością całego narodu, zaczęło funkcjonować w umysłach jako przekaźnik jednej tylko, skrajnej ideologii.

Nie tylko mnie ten problem męczy, istnieją artyści, którzy starają się nadać rowaszowi inne, różne od dotychczasowych, oblicza. Popatrzcie sami (zdjęcia zapożyczone z bloga Jeża Węgierskiego):


  
Można spróbować odczytać, trzeba tylko pamiętać, że czytamy z prawej do lewej. Dobrej zabawy!